W ciągu ułamku sekundy znaleźli się w gabinecie Szatana. Za biurkiem stały dwa czerwone trony. Jeden na środku, który zajmował Nikodem, oraz drugi, nieco z tyłu, po prawicy blondyna. Siedział na nim oczywiście Rafael. Na widok diabłów ogarnęła ja wściekłość. Nie mogła uwierzyć, że ci dwaj panują teraz nad piekłem, a co gorsza zrobili krzywdę jej ukochanemu. Ku własnemu zaskoczeniu w tej chwili ani trochę się ich nie bała. Wręcz nie mogła uwierzyć, że kiedyś na ich widok cała się trzęsła, tym bardziej, że w tej chwili czuła tylko wściekłość, ogromną wściekłość i nienawiść. Miała ochotę wydrapać im oczy. Wiedziała, że obaj słyszą jej myśli i są już gotowi na każdy jej ruch. Zeskoczyła z grzbietu kocura i podbiegła do biurka, po czym uderzyła z całej siły pięścią w blat.
- Macie zrzec się tronu i stąd spieprzać! Natychmiast!! Rozumiemy się!- Wrzasnęła, próbując zapanować nad mocą. Nie chciała od razu ich atakować, ale ledwo się powstrzymywała.
- Kochanie, rozumiem, że masz nam za złe to, co się stało. Wiedz jednak, że to nie nasza wina. Proponowaliśmy Kevinowi, aby przeszedł na naszą stronę, odmówił nam. Gdyby tylko chciał, mógłby teraz być tutaj, w tym gabinecie, z nami. Nie musiałby ryzykować swojego życia. My mieliśmy pewną wygraną, ale on wolał popierać Lucyfera, to była jego decyzja, musiał za nią zapłacić.- wyjaśnił Nikodem zaskakująco spokojnym tonem.
- Nie jestem twoim kochaniem!- ryknęła, pozwalając aby moc nad nią zapanowała. Zmieniła się w swoją kosmiczną formę, po czym jednym mrugnięciem sprawiła, że cały gabinet się zatrząsł, a sufit zaczął spadać im na głowy.- Macie pięć minut, aby się stąd wynieść i zrezygnować z władzy. W przeciwnym wypadku będę zmuszona zabić was obu.
- Wyglądasz naprawdę przerażająco, ale nas nie odstraszysz. Oboje z Rafaelem jesteśmy diabłami i nic nie jest w stanie nas zlęknąć. Odejdź, jeśli nie chcesz, aby stała ci się jakaś krzywda.- wycedził, naprawiając wyrządzone przez nią szkody.
- Nie boję się ciebie. Chcę odzyskać Kevina, pomóc mu i żaden z was mi w tym nie przeszkodzi!! A przede wszystkim chcę wyzwolić Los Diablos od takich władców.
W chwili, gdy to powiedziała rozwścieczony Szatan rzucił się na nią z gorejącym mieczem. Lucyfer skoczył do przodu, chcąc chronić Gwen, ale okazało się to zupełnie niepotrzebne. Broń Nikodema rozkruszyła się w jego ręku, nim zdążył do niej doskoczyć. Sam diabeł natomiast upadł na ziemię wijąc się w agonii.
- Może i ten twój mieczyk może odebrać mi dusze, może i jesteś potężny, ale zapomniałeś, że ja nie jestem ani diabłem, ani człowiekiem. Nie straszny mi kawał żelastwa. Mogę w każdej chwili…- nie dokończyła swojej wypowiedzi. Nagle poczuła, że ogarnia ją fala bólu. Zapiszczała przerażona, po czym upadła na ziemię, zwijając się w kłębek. Czuła się, jakby stała w ogniu. Każdy kawałeczek jej ciała przeszywał ogromny ból, który nasilał się z każdą sekundą. Myślała, że za moment już nie wytrzyma, że umrze, ale nagle wszystko ustało. Podniosła się chwiejnie i rozejrzała po gabinecie. To Lucyfer ją uratował od cierpienia, odgryzając głowę, atakującemu ją Rafaelowi. Wykorzystała chwilę, w której Rafael był w kawałkach, a Nikodem zastygł w bezruchu. Podniosła z ziemi miecz, należący do prawej ręki Szatana i podbiegła do władcy Piekieł, przystawiając mu ostrze do gardła.
- Teraz mnie posłuchasz. Zrzeknij się władzy nad Los Diablos i obaj odstąpcie. Udacie się z demonami do wiezienia i pozwolicie zapuszkować, póki Lucyfer nie wymyśli, co z wami zrobić, a teraz zejdziecie mi z oczu, jasne?!- wrzasnęła, dociskając lekko ostrze, które przecięło skórę na szyi diabła.- W przeciwnym razie…
- Nigdy!!- wrzasnął, nie zważając na to w jak kiepskiej sytuacji się teraz znajduje.
*~*
Kopał znudzony w ścianę swojej celi, klnąc przy tym pod nosem. Nie mógł uwierzyć w to, że tak łatwo dał się zrzucić ze stanowiska. Był przekonany, że z pomocą Kevina i Kleopatry bez problemu da sobie radę z dawnymi przyjaciółmi, a jednak tkwił teraz we własnym więzieniu.
- Kurwa.- zaklął po raz kolejny.
- Tak, ja tez się martwię o Kevina. Nawet nie wiemy, czy nasz diabełek jeszcze żyje.- szepnęła cicho, nawet nie odwracając się w stronę jego celi.
- Pierdolę Kevina!- wrzasnął, czerwieniejąc na twarzy.- Straciłem władzę, szacunek, nawet wolność, a mam się martwić o jakiegoś tam diabła?
- Zawdzięczasz temu diabłu życie.- usłyszał za sobą ostry głos, na dźwięk którego odwrócił się gwałtownie. Przed nim stała kobieta. Ubrana była w czarne rurki, podkreślające jej długie, zgrabne nogi, które dodatkowo uwydatniały dziesięciocentymetrowe szpilki, biały podkoszulek i czarną, skórzaną kurtkę. Na głowie miała czarny kapelusz, a jej rude włosy opadały falami na ramiona. Duże, zielone oczy skryła pod okularami przeciwsłonecznymi.
- Gwendolyn Tennyson.- szepnął zaskoczony jej widokiem.
- We własnej osobie.
- Wypad stąd lalka. W ogóle jak cie tu wpuścili, skandal. Nie radzą sobie z obowiązkami. Debile.- fuknęła, rzucając jej nienawistne spojrzenie.
- Szacunku dziwko!- wrzasnęła. Nie potrafiła już panować nad słowami.- Zwracaj się do nowego Szatana z szacunkiem!
- Co?!- wrzasnęli jednocześnie, a twarz rudowłosej rozpromienił uśmiech.
- Umarłaś?- spytał drżącym tonem. Nie chciał być w swojej skórze, kiedy Kevin się o tym dowie, a już szczególnie, jeżeli to, że przejęła władzę było prawdą.
- Nie, a już zajęła twoje miejsce, sukces, prawda?- warknął, stając za jej plecami.
- Lucyferze, znajdź tę całą Wiktorię i sprowadź ją tutaj do nas.- rozkazała. Kocur skinął łbem i udał się w głąb korytarza.- Cóż, jeśli o was chodzi, to… Najchętniej zostawiłabym was tutaj, ale możecie się przydać. Z resztą zawsze istnieje obawa, że zaczniecie spiskować z nowymi więźniami, więc pójdziecie ze mną.- stwierdziła po chwili namysłu.
*~*
Leżał w swoim łóżku z przymkniętymi z bólu powiekami. Przestał już nawet zwracać uwagę na swoich strażników, którzy mieli pilnować, aby nie zdołał uciec i przywrócić tronu Lucyferowi. Nie rozumiał jak niby miałby to zrobić, skoro ledwo mógł się ruszać. Jeśli już musieli tutaj być, to wolałby, aby stali za drzwiami jego sypialni, ale oni siedzieli w środku, przez co był zmuszony do wysłuchiwania kolejnych obelg na starą władzę, a także tych skierowanych ku jego własnej osobie. Na początku strasznie go to denerwowało, lecz teraz było mu już wszystko jedno. Przegrali. Lucyfer został aresztowany, a Piekło ogarnął chaos, nad którym nowi władcy nie potrafili, a nawet nie mieli zamiaru zapanować. Nie potrafił pogodzić się ze swoja porażką. Miał chronić Szatana i jego pozycję, a dał się pokonać w kilka minut. Westchnął ciężko w chwili, w której drzwi do sypialni otworzyły się z trzaskiem, a do środka wbiegł zdyszany demon.
- Nathaniel i Rafael zrzekli się tronu na rzecz nowego władcy. Macie natychmiastowy rozkaz opuszczenia posiadłości i udania się do więzienia!- wrzasnął rozhisteryzowanym tonem.
Osmozjanin zadrżał ze strachu. Skoro ci dwaj sprawili w Niższej Arkadii prawdziwe piekło, to co wymyśli ten, który zdołał ich pokonać? Nie chciał tego sprawdzać, ale zdawało się to nieuniknione. W pewnym momencie jego uszu dobiegł stukot obcasów, a następnie przerażony wrzask demona.
- Ukłon przed nowym Szatanem!- wywrzeszczał, padając twarzą do ziemi.
Nie wiedział dlaczego cały się trzęsie, przecież dla niego i tak gorzej już być nie może, a mimo to czuł ogarniająca go panikę. Drżały mu wszystkie mięśnie, a żołądek skręcił się w supeł, powodując mdłości.
- Wstań pokrako i zaprowadź ich do najgorszych celi, jakie mamy!- warknęła już od progu, po czym podbiegłą do łóżka ukochanego, usiadła na jego brzegu i chwyciła go za rękę.- Już dobrze kochany, wszystko będzie dobrze, Wiktoria ci pomoże.- szepnęła mu do ucha i pocałowała w czoło.
- Gwen.- szepnął słabo, rozchylając mocniej powieki, aby móc jej się dobrze przyjrzeć.- Musisz stąd iść, za chwilę przyjdzie Szatan.- ostrzegł drżącym głosem.
- Przecież już tutaj jestem. Nie myślałeś chyba, że cię tak zostawię na pastwę tych potworów, prawda?- zaśmiała się wesoło.- Pójdziesz teraz spać, a kiedy się obudzisz wszystko będzie już dobrze. Będziesz zdrowy. Jedyne, co się zmieni, to fakt, że chodzisz z Szatanem.- mruknęła mu do ucha, po czym przy pomocy magii wprowadziła w sen.- Śpij dobrze kochany.
ODNALEŹĆ SIEBIE opowiada o problemach Kevina ze swoim wujem, który chce go wykończyć. Czy mu się to uda? UCZĄC SIĘ ZNÓW KOCHAĆ natomiast przedstawia relacje Kevina i Gwen po rozstaniu. Czy uda im się naprawić to, co zniszczyli dwa lata temu przez zbieg nieporozumień? ZACZĄĆ OD NOWA... Po informacji o ciąży matki Osmozjanin szuka pocieszenia w ramionach innej kobiety, o czym niestety bardzo szybko dowiaduje się jego ukochana.... Czy to koniec związku? Czy uda mu się odzyskać zaufanie Gwen?
poniedziałek, 14 września 2015
poniedziałek, 7 września 2015
Ucząc się znów kochać 20
Tego dnia młoda anodytka nie poszła na uczelnie, gdyż miała wizytę u lekarza. Był to już 16 tydzień ciąży i w końcu miała poznać płeć swojego dziecka. Gdy tylko wróciła do domu zamknęła się w swoim pokoju i poszła spać, nie udzielając wcześniej odpowiedzi na zadane pytanie od matki. Kobieta postanowiła dać jej spokój, ale zmartwiona pani Levin poszła do sypialni dziewczyny. Usiadła obok dwudziestolatki i przytuliła ją czule.
- To co? Powiesz mi czy mam wnuka czy wnuczkę?- spytała, posyłając jej szeroki uśmiech.
- Wnuka.- szepnęła.- Kevin będzie miał synka.- dokończyła, a po jej policzku spłynęła łza.
- Co się dzieje skarbie?- spytała z troską w głosie, mocniej ją przytulając.- Wiesz, że mi możesz zaufać, prawda?
- Kevin mówił pani, że nie jest jego prawdziwym ojcem, prawda?
- Jak to nie jest?- wyrwało jej się zbyt głośno, niż powinno.
- On myśli, że nie znam ojca, że jest to skutek jednonocnej przygody, do ojcostwa przyznał się przed moją mamą, aby mi pomóc.- wyjaśniła, spuszczając wzrok.- Problem w tym, że on nie zdaje sobie sprawy, że to naprawdę jego dziecko. Wiem, że już mnie nie kocha, że zbyt mocno go skrzywdziłam, że tak naprawdę wcale nie chciałby tego dziecka, nie mogę mu powiedzieć, nie chce niszczyć mu życia.- wyszlochała, odwracając wzrok. Spodziewała się, że kobieta będzie wściekła, ta jednak chwyciła ją delikatnie za twarz i zmusiła, aby spojrzała jej prosto w oczy.
- Posłuchaj mnie dziecko. Nie wiem co czuje mój syn, ale jestem przekonana, że chciałby wiedzieć, gdyby miał zostać ojcem. Nawet jeśli to, co było miedzy wami już się wypaliło powinien mieć możliwość podjęcia decyzji. Jeśli nie sprawdzi się w tej roli, przynajmniej go utrzyma, a ja Z Harveyem pomożemy ci w wychowaniu. Na mnie zawsze możesz liczyć, ale obiecaj mi, że z nim porozmawiasz, że powiesz mu prawdę. On ma prawo wiedzieć.- powiedziała spokojnie, po czym znów ją przytuliła.
- Dobrze, skoro pani tak mówi, powiem mu, przysięgam.- obiecała, odwzajemniając uścisk.
Obie siedziały tak przytulone do siebie przez kilka dobrych minut, ale brunetka w końcu poszła szykować obiad.
*~*
Wszyscy już zjedli i opuścili kuchnię, gdzie został już tylko Kevin ze swoją matką, którzy sprzątali po posiłku.
- Słyszałeś już, że będziesz miał syna?- spytała go z uśmiechem. Osmozjanin zawahał się chwilę, po czym, odłożył ostatni wytarty przez siebie talerz na półkę i usiadł przy stole.
- Mamo, możemy porozmawiać?- spytał, a kobieta skinęła głową i zajęła miejsce obok niego.
- Słucham, synu.- zachęciła go do rozmowy.
- Bo widzisz… On naprawdę nie jest moim synem. Zaraz po tym jak poleciałem Gwen wpadła po pijaku z jakimś typem. Jej matka się wściekła, więc… Musiałem coś zrobić, nie mogłem pozwolić aby matka źle ją traktowała, więc wmówiłem jej, że to moje dziecko. Gwen kiedyś bardzo mocno mnie zraniła, wiem ile nas oboje to kosztowało, ile przepłakałaś przeze mnie nocy, wiem, że popełniła błąd idąc na tamtą imprezę, że urodzi dziecko jakiegoś obcego typa, ale… Mamo, ja wciąż ją kocham. Chciałbym, aby znów było jak kiedyś. Co więcej jestem w stanie przysposobić sobie jej dziecko i wychować jak własne, ona jest dla mnie wszystkim, naprawdę wszystkim, tylko, że… Wiesz, ona chyba już tego nie chce, chyba nic do mnie nie czuje.- wyrzucił z siebie jednym tchem. Był tak zdenerwowany, że kobieta ledwo mogła go zrozumieć. Gdy jednak poskładała sobie jego wypowiedź w całość uśmiechnęła się szeroko.
- Wiesz co? Ja myślę, że to jest prostsze, niż myślisz. Porozmawiaj z nią, powiedz jej dokładnie to samo co mnie, a jestem pewna, że wszystko się ułoży, że macie jeszcze szanse. Tylko musisz być z nią szczery.- Powiedziała, po czym wstała, cmoknęła go w policzek i poszła do swojego pokoju. Nim jednak zniknęła za drzwiami rzuciła jeszcze do niego.- odwagi mój synu, wierz mi, że będzie dobrze, ale musisz to zrobić.
Podbudowany przez swoją rodzicielkę postanowił jak najszybciej udać się do Gwen i powiedzieć jej o swoich uczuciach. Liczył się z odrzuceniem, co więcej był pewny, że tak się stanie, ale wiedział, że nigdy sobie nie wybaczy, jeśli nie spróbuje. Zapukał do jej drzwi i nim jeszcze zdążył usłyszeć odpowiedź wszedł do środka, po czym usiadł na łóżku obok zielonookiej.
- Myślę, że musimy porozmawiać.- powiedzieli jednocześnie, po czym wybuchli wesołym śmiechem.
- To może ty pierwszy.- zaproponowała, posyłając mu szeroki uśmiech.
- Niech będzie.- stwierdził, odwzajemniając jej gest.- Wiesz, to, co było kiedyś między nami, myślę, że…
W tym momencie serce podeszło jej do gardła. W głębi duszy czuła, że tak będzie, że właśnie powie jej, że nie potrafi zapomnieć o przeszłości, że szczerze jej nie znosi i chciałby jak najszybciej stąd odejść. Nim, jednak zdążyła usłyszeć gorzką prawdę do jej pokoju wpadł Nathaniel.
- Kevin, lecimy, na bazę hydraulików został dokonany najazd. Porwano naszych najlepszych żołnierzy, my mamy ich ratować.
- Nie może to zaczekać pięciu minut?- warknął rozzłoszczony nagłym wtargnięciem.
- Nie, sprawa jest pilna. Musza być nieźli, skoro udało im się najechać na bazę i uprowadzić naszych najlepszych ludzi, nie ma czasu do stracenia.
- Najlepsi to jesteśmy my, nie zapominaj o tym, więcej pewności siebie. Poza tym zostali już porwani, więc minuta by cię nie zbawiła, ale dobrze. Skoro już jesteś, to lecimy.- stwierdził, zrywając się na równe nogi. Podszedł jeszcze do Gwen i pocałował ją w czubek głowy, a następnie przytulił mocno.- Czekaj na mnie, wrócimy do tej rozmowy, to, co chcę ci przekazać jest bardzo ważne, nie zapominaj, że musimy porozmawiać.- szepnął jej do ucha, a następnie opuścił dom razem z Nathanielem.
Rudowłosa podeszła szybko do okna. Zdążyła jeszcze tylko dostrzec odjeżdżający samochód.
Nie zdążyła powiedzieć mu, że jest ojcem, że bardzo go kocha i chciałaby z całego serca, żeby miał kontakt ze swoim synem. Na tę rozmowę będzie musiała czekać do dnia, w którym jej ukochany wróci ze swojej misji.
- To co? Powiesz mi czy mam wnuka czy wnuczkę?- spytała, posyłając jej szeroki uśmiech.
- Wnuka.- szepnęła.- Kevin będzie miał synka.- dokończyła, a po jej policzku spłynęła łza.
- Co się dzieje skarbie?- spytała z troską w głosie, mocniej ją przytulając.- Wiesz, że mi możesz zaufać, prawda?
- Kevin mówił pani, że nie jest jego prawdziwym ojcem, prawda?
- Jak to nie jest?- wyrwało jej się zbyt głośno, niż powinno.
- On myśli, że nie znam ojca, że jest to skutek jednonocnej przygody, do ojcostwa przyznał się przed moją mamą, aby mi pomóc.- wyjaśniła, spuszczając wzrok.- Problem w tym, że on nie zdaje sobie sprawy, że to naprawdę jego dziecko. Wiem, że już mnie nie kocha, że zbyt mocno go skrzywdziłam, że tak naprawdę wcale nie chciałby tego dziecka, nie mogę mu powiedzieć, nie chce niszczyć mu życia.- wyszlochała, odwracając wzrok. Spodziewała się, że kobieta będzie wściekła, ta jednak chwyciła ją delikatnie za twarz i zmusiła, aby spojrzała jej prosto w oczy.
- Posłuchaj mnie dziecko. Nie wiem co czuje mój syn, ale jestem przekonana, że chciałby wiedzieć, gdyby miał zostać ojcem. Nawet jeśli to, co było miedzy wami już się wypaliło powinien mieć możliwość podjęcia decyzji. Jeśli nie sprawdzi się w tej roli, przynajmniej go utrzyma, a ja Z Harveyem pomożemy ci w wychowaniu. Na mnie zawsze możesz liczyć, ale obiecaj mi, że z nim porozmawiasz, że powiesz mu prawdę. On ma prawo wiedzieć.- powiedziała spokojnie, po czym znów ją przytuliła.
- Dobrze, skoro pani tak mówi, powiem mu, przysięgam.- obiecała, odwzajemniając uścisk.
Obie siedziały tak przytulone do siebie przez kilka dobrych minut, ale brunetka w końcu poszła szykować obiad.
*~*
Wszyscy już zjedli i opuścili kuchnię, gdzie został już tylko Kevin ze swoją matką, którzy sprzątali po posiłku.
- Słyszałeś już, że będziesz miał syna?- spytała go z uśmiechem. Osmozjanin zawahał się chwilę, po czym, odłożył ostatni wytarty przez siebie talerz na półkę i usiadł przy stole.
- Mamo, możemy porozmawiać?- spytał, a kobieta skinęła głową i zajęła miejsce obok niego.
- Słucham, synu.- zachęciła go do rozmowy.
- Bo widzisz… On naprawdę nie jest moim synem. Zaraz po tym jak poleciałem Gwen wpadła po pijaku z jakimś typem. Jej matka się wściekła, więc… Musiałem coś zrobić, nie mogłem pozwolić aby matka źle ją traktowała, więc wmówiłem jej, że to moje dziecko. Gwen kiedyś bardzo mocno mnie zraniła, wiem ile nas oboje to kosztowało, ile przepłakałaś przeze mnie nocy, wiem, że popełniła błąd idąc na tamtą imprezę, że urodzi dziecko jakiegoś obcego typa, ale… Mamo, ja wciąż ją kocham. Chciałbym, aby znów było jak kiedyś. Co więcej jestem w stanie przysposobić sobie jej dziecko i wychować jak własne, ona jest dla mnie wszystkim, naprawdę wszystkim, tylko, że… Wiesz, ona chyba już tego nie chce, chyba nic do mnie nie czuje.- wyrzucił z siebie jednym tchem. Był tak zdenerwowany, że kobieta ledwo mogła go zrozumieć. Gdy jednak poskładała sobie jego wypowiedź w całość uśmiechnęła się szeroko.
- Wiesz co? Ja myślę, że to jest prostsze, niż myślisz. Porozmawiaj z nią, powiedz jej dokładnie to samo co mnie, a jestem pewna, że wszystko się ułoży, że macie jeszcze szanse. Tylko musisz być z nią szczery.- Powiedziała, po czym wstała, cmoknęła go w policzek i poszła do swojego pokoju. Nim jednak zniknęła za drzwiami rzuciła jeszcze do niego.- odwagi mój synu, wierz mi, że będzie dobrze, ale musisz to zrobić.
Podbudowany przez swoją rodzicielkę postanowił jak najszybciej udać się do Gwen i powiedzieć jej o swoich uczuciach. Liczył się z odrzuceniem, co więcej był pewny, że tak się stanie, ale wiedział, że nigdy sobie nie wybaczy, jeśli nie spróbuje. Zapukał do jej drzwi i nim jeszcze zdążył usłyszeć odpowiedź wszedł do środka, po czym usiadł na łóżku obok zielonookiej.
- Myślę, że musimy porozmawiać.- powiedzieli jednocześnie, po czym wybuchli wesołym śmiechem.
- To może ty pierwszy.- zaproponowała, posyłając mu szeroki uśmiech.
- Niech będzie.- stwierdził, odwzajemniając jej gest.- Wiesz, to, co było kiedyś między nami, myślę, że…
W tym momencie serce podeszło jej do gardła. W głębi duszy czuła, że tak będzie, że właśnie powie jej, że nie potrafi zapomnieć o przeszłości, że szczerze jej nie znosi i chciałby jak najszybciej stąd odejść. Nim, jednak zdążyła usłyszeć gorzką prawdę do jej pokoju wpadł Nathaniel.
- Kevin, lecimy, na bazę hydraulików został dokonany najazd. Porwano naszych najlepszych żołnierzy, my mamy ich ratować.
- Nie może to zaczekać pięciu minut?- warknął rozzłoszczony nagłym wtargnięciem.
- Nie, sprawa jest pilna. Musza być nieźli, skoro udało im się najechać na bazę i uprowadzić naszych najlepszych ludzi, nie ma czasu do stracenia.
- Najlepsi to jesteśmy my, nie zapominaj o tym, więcej pewności siebie. Poza tym zostali już porwani, więc minuta by cię nie zbawiła, ale dobrze. Skoro już jesteś, to lecimy.- stwierdził, zrywając się na równe nogi. Podszedł jeszcze do Gwen i pocałował ją w czubek głowy, a następnie przytulił mocno.- Czekaj na mnie, wrócimy do tej rozmowy, to, co chcę ci przekazać jest bardzo ważne, nie zapominaj, że musimy porozmawiać.- szepnął jej do ucha, a następnie opuścił dom razem z Nathanielem.
Rudowłosa podeszła szybko do okna. Zdążyła jeszcze tylko dostrzec odjeżdżający samochód.
Nie zdążyła powiedzieć mu, że jest ojcem, że bardzo go kocha i chciałaby z całego serca, żeby miał kontakt ze swoim synem. Na tę rozmowę będzie musiała czekać do dnia, w którym jej ukochany wróci ze swojej misji.
czwartek, 27 sierpnia 2015
Ucząc się znów kochać 19
Stała naprzeciw niego ze spuszczoną głową, przyglądając się z uwagą jego butom. Serce waliło jej jak oszalałe, a zegar na ścianie wybijał bezlitosny rytm, który sprawiał, że coraz bardziej się denerwowała. Po jej policzkach spływały łzy, czuła się tak strasznie odrzucona i zawiedziona. Mimo wszystko w głębi duszy liczyła na inną reakcje chłopaka.
On za to wpatrywał się w nią gniewnym wzrokiem, dłonie miał zaciśnięte w pięści, a jego twarz wykrzywiał grymas złości. Uniósł jedna z pięści, jakby chciał ją uderzyć, lecz powstrzymał się w ostatniej chwili i opuścił ją powoli.
- Nie będę jego tatusiem, sama się w to baw.- warknął i odszedł, zostawiając ją samą, odrzuconą, zapłakaną i roztrzęsioną.
*~*
Obudziła się ze łzami w oczach. Właśnie tego przez cały czas się obawiała, że Kevin znienawidził ją i swoje dziecko, gdy tylko pozna prawdę. Dlatego nie mogła mu powiedzieć. Wolała się z nim przyjaźnić, niż stracić raz na zawsze, przecież tak bardzo go kochała.
W chwili gdy tylko t pomyślała do jej pokoju wszedł osmozjanin.
- Gwen, musisz coś zjeść, za godzinę zaczynasz wykłady, odwiozę cię.- powiedział siadając obok niej na łóżku.- płakałaś?- spytał, gdy tylko przyjrzał jej się bliżej. Anodytka dostrzegła jak chłopak przygryza wargę, próbując zapanować nad złością.- Spokojnie maleńka.- szepnął jej do ucha, gładząc po głowie.- Nie ma jej, poszła na rozmowę kwalifikacyjną, szuka pracy, możesz iść do kuchni, ale jeśli nie chcesz to przyniosę śniadanie tutaj, spokojnie.
- To nie o to chodzi.- wyszlochała mu w ramię.- Jak oni będą na mnie patrzeć, obgadywać, później… jak pogodzę później studia i bycie samotną matką?
Czarnooki wzruszył ramionami po czym uśmiechnął się lekko.
- Ludźmi się nie przejmuj. Codziennie będę cię woził na uczelnię i stamtąd zabierał, nie pozwolę, żeby ktoś cię zaczepiał wszystkim możesz śmiało mówić, że to dziecko jest moje, a jak już urodzisz to rodzice ci pomogą, moja mama i Harvey oczywiście również. Zawsze będzie miał kto się nim zająć, będziesz mogła spokojnie dokończyć studia, nie masz czym się przejmować, naprawdę. Wiem, że Gwen, którą znałem lata temu jest gdzieś tam w środku, tamta Gwen dałaby sobie radę. Finansowo również mogę ci pomóc, zarabiam dużo więcej, niż kiedyś, nie będę miał więc z tym problemu.
- Chwila… Chcesz płacić na mnie i dziecko, które nie jest twoje?- spytała zaskoczona.
- Tak, bo…- Przez jeden krótki moment chciał jej wyznać, że ją kocha ponad wszystko na świecie, że pragnąłby aby to jemu urodziła dziecko, że gdyby nie ta ciąża walczyłby o nią choćby i ostatkiem sił, chociażby miał od nowa z jej powodu popadać w depresję i narkotyki, że dla niego jest tego warta, ale powstrzymał się w ostatnim momencie, a zamiast tego wszystkiego wydukał tylko.- W końcu jesteśmy przyjaciółmi, prawda? To tylko dopóki nie skończysz studiów.- szepnął, po czym stwierdził, że pójdzie zrobić jej śniadanie i wyszedł pospiesznie, nim zdążyła dostrzec łzę na jego policzku. Wiedział, że właśnie zaczyna tracić ją już na zawsze, że teraz mogą być już tylko przyjaciółmi, że wkrótce ją porzuci, ponieważ czuł, że nie będzie potrafił ponownie poradzić sobie z taką stratą.
*~*
Wysiadła z jego samochodu i ruszyła powoli w stronę uczelni, po chwili zawróciła jednak i przytuliła mocno swojego przyjaciela.
- Dziękuję, dziękuję za wszystko.- szepnęła, całując go w policzek, a następnie szybko poszła na wykład, gdyż była już spóźniona.
Usiadł na swoim miejscu w samochodzie, patrząc pustym wzrokiem w przestrzeń. Chciał jej pomóc, naprawdę chciał, ale nie był pewien, czy da radę. Z każdym rankiem budził się ze świadomością, że jest coraz bliżej chwili, w której rozstaną się już na zawsze. Od kliku dni bardzo dużo o tym myślał i w końcu doszedł do wniosku, że bardzo kocha Gwen i nawet ta ciąża niczego nie zmienia, że chciałby z całego serca ponownie stworzyć z nią związek, a nawet zostać prawnym opiekunem jej potomka. Problem jednak tkwił w tym, że zielonooka nie odwzajemniała jego uczucia, czego był pewien w stu procentach. Nie mógł sprawić, aby rudowłosa go kochała, co sprawiało, że był od początku na przegranej pozycji, musiał pogodzić się ze stratą. Niestety nie potrafił, gdyby tylko wiedział co robić, aby choć trochę móc się do niej zbliżyć, przecież tak bardzo ją kochał. Dobijająca była myśl, że już wkrótce mógłby ją stracić.
On za to wpatrywał się w nią gniewnym wzrokiem, dłonie miał zaciśnięte w pięści, a jego twarz wykrzywiał grymas złości. Uniósł jedna z pięści, jakby chciał ją uderzyć, lecz powstrzymał się w ostatniej chwili i opuścił ją powoli.
- Nie będę jego tatusiem, sama się w to baw.- warknął i odszedł, zostawiając ją samą, odrzuconą, zapłakaną i roztrzęsioną.
*~*
Obudziła się ze łzami w oczach. Właśnie tego przez cały czas się obawiała, że Kevin znienawidził ją i swoje dziecko, gdy tylko pozna prawdę. Dlatego nie mogła mu powiedzieć. Wolała się z nim przyjaźnić, niż stracić raz na zawsze, przecież tak bardzo go kochała.
W chwili gdy tylko t pomyślała do jej pokoju wszedł osmozjanin.
- Gwen, musisz coś zjeść, za godzinę zaczynasz wykłady, odwiozę cię.- powiedział siadając obok niej na łóżku.- płakałaś?- spytał, gdy tylko przyjrzał jej się bliżej. Anodytka dostrzegła jak chłopak przygryza wargę, próbując zapanować nad złością.- Spokojnie maleńka.- szepnął jej do ucha, gładząc po głowie.- Nie ma jej, poszła na rozmowę kwalifikacyjną, szuka pracy, możesz iść do kuchni, ale jeśli nie chcesz to przyniosę śniadanie tutaj, spokojnie.
- To nie o to chodzi.- wyszlochała mu w ramię.- Jak oni będą na mnie patrzeć, obgadywać, później… jak pogodzę później studia i bycie samotną matką?
Czarnooki wzruszył ramionami po czym uśmiechnął się lekko.
- Ludźmi się nie przejmuj. Codziennie będę cię woził na uczelnię i stamtąd zabierał, nie pozwolę, żeby ktoś cię zaczepiał wszystkim możesz śmiało mówić, że to dziecko jest moje, a jak już urodzisz to rodzice ci pomogą, moja mama i Harvey oczywiście również. Zawsze będzie miał kto się nim zająć, będziesz mogła spokojnie dokończyć studia, nie masz czym się przejmować, naprawdę. Wiem, że Gwen, którą znałem lata temu jest gdzieś tam w środku, tamta Gwen dałaby sobie radę. Finansowo również mogę ci pomóc, zarabiam dużo więcej, niż kiedyś, nie będę miał więc z tym problemu.
- Chwila… Chcesz płacić na mnie i dziecko, które nie jest twoje?- spytała zaskoczona.
- Tak, bo…- Przez jeden krótki moment chciał jej wyznać, że ją kocha ponad wszystko na świecie, że pragnąłby aby to jemu urodziła dziecko, że gdyby nie ta ciąża walczyłby o nią choćby i ostatkiem sił, chociażby miał od nowa z jej powodu popadać w depresję i narkotyki, że dla niego jest tego warta, ale powstrzymał się w ostatnim momencie, a zamiast tego wszystkiego wydukał tylko.- W końcu jesteśmy przyjaciółmi, prawda? To tylko dopóki nie skończysz studiów.- szepnął, po czym stwierdził, że pójdzie zrobić jej śniadanie i wyszedł pospiesznie, nim zdążyła dostrzec łzę na jego policzku. Wiedział, że właśnie zaczyna tracić ją już na zawsze, że teraz mogą być już tylko przyjaciółmi, że wkrótce ją porzuci, ponieważ czuł, że nie będzie potrafił ponownie poradzić sobie z taką stratą.
*~*
Wysiadła z jego samochodu i ruszyła powoli w stronę uczelni, po chwili zawróciła jednak i przytuliła mocno swojego przyjaciela.
- Dziękuję, dziękuję za wszystko.- szepnęła, całując go w policzek, a następnie szybko poszła na wykład, gdyż była już spóźniona.
Usiadł na swoim miejscu w samochodzie, patrząc pustym wzrokiem w przestrzeń. Chciał jej pomóc, naprawdę chciał, ale nie był pewien, czy da radę. Z każdym rankiem budził się ze świadomością, że jest coraz bliżej chwili, w której rozstaną się już na zawsze. Od kliku dni bardzo dużo o tym myślał i w końcu doszedł do wniosku, że bardzo kocha Gwen i nawet ta ciąża niczego nie zmienia, że chciałby z całego serca ponownie stworzyć z nią związek, a nawet zostać prawnym opiekunem jej potomka. Problem jednak tkwił w tym, że zielonooka nie odwzajemniała jego uczucia, czego był pewien w stu procentach. Nie mógł sprawić, aby rudowłosa go kochała, co sprawiało, że był od początku na przegranej pozycji, musiał pogodzić się ze stratą. Niestety nie potrafił, gdyby tylko wiedział co robić, aby choć trochę móc się do niej zbliżyć, przecież tak bardzo ją kochał. Dobijająca była myśl, że już wkrótce mógłby ją stracić.
wtorek, 18 sierpnia 2015
Odnaleźć siebie II część 27
Wow, 16 dni. Spóźniłam się o jakieś 6 dni, ale już jestem. Ale teraz już będę w miarę na czas. Pracę skończyłam, już nie wyjeżdżam, więc będę. Jak na tak długo wyczekiwany rozdział to troszkę krótko, ale co tam. Mam nadzieję, że błędów za dużo nie będzie, mimo iż pisałam na szybko.
Ogarnęła się szybko i zbiegła na dół do salonu, gdzie jej matka oglądała swój ulubiony serial. Usiadła obok brunetki, obejmując kolana rękoma i uśmiechnęła się lekko.
- Mamo…- zaczęła niepewnie, patrząc jej w oczy.
- Nie martw się skarbie, Aleks na pewno jeszcze się do ciebie odezwie. Widać, że coś do ciebie czuje.- przerwała jej ze śmiechem. Rudowłosa zachichotała cicho. Cieszyła się, że mama akceptuje jej „związek” z Aleksandrem, mimo iż nie wiedziała kto naprawdę kryje się za jego maską.
- No właśnie. Czuje, a się nie odzywa. Wiesz, on miał kosmicznych przodków, ale odziedziczył po nich tylko oczy, nie ma żadnych mocy, boje się, że mogło mu się coś stać. Sama nie potrafię go namierzyć, ale wiem, że Lucyfer dałby radę. Miałabyś coś przeciwko, gdybym zostawiła cię na kilka dni, poleciała na Osmos, a później wraz z kocurkiem poszukała Kev… to znaczy Aleksa?
- Oczywiście, że nie skarbie. Wiem, że zależy ci na tym mężczyźnie, widać, że jemu również. Jeśli martwisz się o niego, to leć, ale uważaj na siebie, dobrze? Wróć maksymalnie za trzy dni. Jeśli nie uda ci się go znaleźć przez ten czas, to razem poszukamy, zgoda?
- Tak, jesteś najlepsza!- zawołała, całując ją w policzek. Miała już wstać i pobiec do garażu po lamborghini Kevina, ale zatrzymała ją matka.
- Możesz lecieć na Osmos, ale nie bez śniadania. Za chwilkę coś przyrządzę. Wytrzymaj jeszcze trochę.- poprosiła, posyłając jej szeroki uśmiech.
*~*
Nie chciała tracić ani sekundy, dlatego zamiast jechać do hangaru i lecieć gruchotem postanowiła teleportować się na planetę za pomocą swojej magii. Okazało się to dla niej jednak zbyt dużym wysiłkiem. Chwilę po tym jak postawiła stopy na ziemi zakręciło jej się w głowie i upadła niczym szmaciana lalka.
Ocknęła się w ogromnym łożu, przykryta satynową kołdrą. Pomieszczenie było bogato zdobione, po czym domyśliła się, że jest w dworku, najprawdopodobniej w jednej z sypialni dla gości specjalnych lub samych właścicieli. Było tutaj dosyć chłodno, co przyniosło jej dodatkową ulgę. Odetchnęła głęboko, rozglądając się otępiałym wzrokiem. Naprzeciw niej stał Lucyfer, patrząc jej w oczy.
- Co cię podkusiło, żeby przenosić się tak daleko? Kevin mówił mi kiedyś, że bardzo się wtedy męczysz. Jesteś aż tak głupia?- warknął, obnażając kły.
- Nie, ale tu chodzi o Kevina. Nie odzywa się do mnie od…
- Od wojny w Piekle, tak, wiem coś o tym.- mruknął, podchodząc do niej.
- Jakiej wojny? Co się dzieje?- spytała przerażona, podrywając się gwałtownie do pozycji siedzącej.- Wyjaśnij mi.
- Nikodem i Rafael przejęli władzę w Niżesz Arkadii. Od dwóch dni panują nad podziemiami oraz ich mieszkańcami. Ci, którzy stawiali jakikolwiek opór zostali ukarani przymusową pracą, a ci, którzy stanęli bezpośrednio po stronie Szatana i wzięli udział w otwartej walce gniją teraz w lochach wraz ze swoim dawnym władcą.
- To znaczy, że Kevin siedzi teraz w więzieniu wraz z Lucyferem?- spytała cicho, czując, jak do jej oczu napływają łzy. To znaczy, że nie mogę go odwiedzić?
- Nie możesz. Nasz diabełek co prawda nie ogląda jeszcze świata zza krat, ale jest pod stałą kontrolą strażników i zapewne wkrótce dołączy do pozostałych. Nie masz szans na spotkanie z nim, chyba, że nowy Szatan zezwoli ci na to, w co bardzo wątpię.
- Nie siedzi z innymi? Dlaczego?
- Był głównym obrońcą Lucyfera. On i Kleopatra mieli pilnować go przez cały czas aż do zapowiedzianej walki. Gdy ta nastąpiła ich zadaniem było chronić władcę. Nawet gdy rebelia przeniosła się na większość miasta oni musieli pozostać w gwardii Szatana. Po kilkunastu godzinach walki Rafael i Nikodem zakradli się do Lucyfera w środku nocy. Wszyscy sapali w jego gabinecie. To był idealny moment na atak. Niewiele brakowało, aby nasz szef zapłacił za tę chwilę nieuwagi życiem. Kevin uratował go w ostatniej chwili. Został godzony gorejącym mieczem, póki nie wydobrzeje zostanie w swojej posiadłości, ale nikt nie ma tam wstępu.
- Ale nic mu nie jest? Żyje, tak?- spytała histerycznie.
- Skarbie, on nie żyje od ponad dziesięciu lat, ale tak, jego dusza wciąż istnieje. Jedna z naszych diablic ma moc uzdrawiania, lecz nie zostanie wpuszczona do środka. Póki oni panują nad Piekłem nie ma gwarancji, że facet z tego wyjdzie. Rany zadane tą bronią goją się bardzo długo i są bardzo bolesne.
- Wiec co zrobimy? Przecież nie możemy go tak zostawić!- wrzasnęła rozzłoszczona.
- Nie możemy. Trzeba wedrzeć się do więzienia, uwolnić Szatana, Kleopatrę i resztę, pomóc mu zdetronizować tamtych dwóch, a następnie zabrać Wiktorie do Kevina.
- Więzienie jest pewnie poza pałacem Szatana najbardziej strzeżonym budynkiem w Piekle. Jak chciałbyś niby tego dokonać?- warknęła, po czym dodała już łagodniej.- chyba mam lepszy pomysł. Zaatakujmy od razu nowych władców i zmuśmy ich do ustąpienia z tronu. Gdy przestaną sprawować władze automatycznie ich rozkazy będą nieważne. Będziemy mogli zażądać wypuszczenia ich z lochów oraz swobodnego dostępu do posiadłości Kevina. Wydaje mi się, że tak będzie najlepiej. Później przywrócimy lucyfera na tron, a o całym zajściu poinformuje się Archanioły. One zdecydują co zrobić z tamtymi dwoma, bo Lucyfer pozbędzie się ich z Piekła.
- Zrobimy jak chcesz, ale lepiej nie mieszać w to Archaniołów, a już szczególnie Gabriela. O losie diabłów niech zdecyduje Lucyfer. To jak, lecimy?
- Tak, zabierz mnie prosto do gabinetu Szatana.- potwierdziła, wstając, po czym zawahała się na chwilę.- Możesz mi coś wyjaśnić? Dlaczego masz na imię tak samo jak Lucyfer skoro jesteś jego kocurem? To przejaw jego samouwielbienia, czy jak?
Zwierze zaśmiało się głośno i szturchnęło ją delikatnie łbem w przyjacielskim geście.
- Wiesz, coraz bardziej cię lubię. Gdy przebywałem jeszcze w Piekle nazwano mnie Aro. Drugie imię wymyślił ojciec Kevina, twierdząc, że jestem istotą z piekła rodem. Nawet nie wiedział, że naprawdę nie pomylił się ani trochę. Dla nich byłem Lucyferem i tak już zostało, teraz z tego imienia korzystam, choć zdarza się, że w Piekle mówią na mnie Aro.
- Dobrze, dziękuję, lećmy już.- odpowiedziała z uśmiechem. Kocur skinął łbem, po czym kucnął, aby mogła go dosiąść. Gdy tylko to zrobiła oboje zniknęli w płomieniach.
niedziela, 2 sierpnia 2015
Odnaleźć siebie II część 26
Powoli zachodziło słońce, a on spacerował z Aro brzegiem plaży, gdy z naprzeciwka dostrzegł dwie zbliżające się ku nim postacie. Po chwili zorientował się, że to Nikodem i Rafael. Na widok przydupasów władcy piekieł uśmiechnął się lekko. Więc król podziemi miał rację, zapewne już niedługo czeka ich starcie. Może chcieli przekazać przez niego jakieś informacje Lucyferowi, a może ustalili już datę ewentualnego starcia. W sumie dla niego nie miało to znaczenia. Jednego był pewien. Wkrótce w Piekle rozpęta się prawdziwa rebelia, a on nie mógł się już tego doczekać.
Diabły stanęły kilka kroków przed nimi, po czym oba przeszyły go wzrokiem. Pierwszy odezwał się blondyn.
- Kevinie, oboje wiemy, że ze mną jako szatanem i Rafaelem jako moim zastępcom będziesz miał lepsze życie.- zaczął niskim głosem, coraz bardziej świdrując go wzrokiem.
- Tak? A niby skąd ta pewność?- spytał od niechcenia, opierając się lewym ramieniem o rosnącą obok palmę.
- Wszyscy tutaj wiedzą, że tęsknisz za swoim ziemski życiem, że chciałbyś znów móc porozmawiać ze swoimi przyjaciółmi, ze swoją matką. Nie boisz się Lucyfera, nie będziesz miał problemu z jego pokonaniem, tym bardziej, że ci ufa. Kevinie, zrób to dla nas, a gwarantujemy ci możliwość spotkania z bliskimi, będziesz mógł pokazać Niższą Arkadię wszystkim, którzy wciąż żyją w twoim sercu. Zrób to dla nas, dla siebie, dla nich.
- Więc oferujesz mi możliwość sprowadzenia pozostałych na takiej samej zasadzie jak Gwen, jeśli zdradzę Szatana i pomogę zająć Ci jego miejsce?
- Dokładnie. Stańcie z Aro po naszej stronie, a możesz mieć ich wszystkich.- szepnął kusząco, licząc, że to pomoże im przeciągnąć diabła na swoja stronę.
- Hm, interesujące.- stwierdził zamyślony, po czym wyprostował się i stanął naprzeciw Nikodema.- Ale skoro to ja mam go pokonać, to chyba najlepiej będzie jak wezmę to stanowisko dla siebie, prawda?- spytał z uśmiechem, po czym odwrócił się na pięcie i powoli ruszył w przeciwnym kierunku.- Przemyślcie to, a dopiero później się do mnie zgłoście. Oboje wiecie, że beze mnie i Lucy nie zdejmiecie szatana z tronu.
- Nie wierzę, że Aro chce walczyć po stronie swojego pana, przecież go porzucił!- wrzasnął Rafael w ostatnim akcie desperackiej próby zatrzymania ich przy sobie.
- Mam na imię Lucyfer, a moim panem jest Kev, tak, chce walczyć po stronie władcy, jeżeli robi to Kevin,- Warknął ostro, a następnie otoczyły go płomienie i zniknął, zostawiając ślady popiołu na piasku. Wiedział, że teraz jego zadaniem jest poinformowanie szatana o kolejnym kroku ich wspólnych wrogów.
*~*
Siedziała przy stole, bawiąc się widelcem. Nie potrafiła skupić się na opowieściach swojego kuzyna, ani na pytaniach, które jej zadawał. Była wściekła na siebie, że dała namówić się Kevinowi na spotkanie z kuzynem, przecież tak bardzo tego nie chciała. Dlaczego więc tutaj była? Na to pytanie nie potrafiła sobie odpowiedzieć, ale bardzo tego teraz żałowała. Widziała jak mężczyzna zerka nieśmiało w jej kierunku, marszcząc brwi i zastanawiając się nad czymś intensywnie.
- Wszystko w porządku?- spytał w końcu nieśmiało, spoglądając jej w oczy.
- Tak, jestem po prostu zmęczona. Z reszta widziałeś kiedyś, żebym była chętna do czegokolwiek? Albo żebym się uśmiechała?- warknęła troszkę ostrzej, niż planowała.
- Szczerze? Do niedawna nie, ale odkąd jest Aleksander jesteś taka… szczęśliwa, tętnisz energią. Myślałem, że tamten okres masz już za sobą, że w końcu zaczynasz żyć.- odpowiedział ostrożnie.
- Jest ok!- syknęła, nie chcąc go słuchać.
- Nie, nie jest, Aleks miał racje, coś się z tobą dzieje, tylko nie wiemy co. Gwen, ja wiem, że ostatnimi laty bywało miedzy nami raczej źle, ale wiesz przecież, że jeśli coś się dzieje mnie możesz powiedzieć wszystko. No, dalej, będzie ci lżej.- zachęcił, licząc iż uzyska odpowiedź, niestety się pomylił. Kuzynka odpowiedziała mu jeszcze bardziej nieprzyjemnym tonem, niż poprzednio.
- Przecież nawet go nie lubisz, a teraz go słuchasz? Jest przewrażliwiony na moim punkcie i tyle, a ty go słuchasz, a później wmawiasz sobie, że coś jest nie tak!
- To nie o to chodzi, po prostu się martwię, on też się martwi.
- To niech przestanie! To nie jest Wasz problem.- wrzasnęła, poderwała się z krzesła i pospiesznie opuściła dom kuzyna.
*~*
Stanął za fotelem Lucyfera po jego prawicy, a ona zajęła miejsce po drugiej stronie władcy. Aro położył się u boku osmozjanina, potwierdzając całej trójce w myślach swoją gotowość do walki.
Kilka godzin temu do Szatana dotarła informacja od Rafaela, że w ciągu doby ma stracić swoje stanowisko i władzę w tych zaświatach.
Wziął głęboki wdech, przesuwając dłoń na pochwę przymocowaną do pasa. Wiedział, że już za kilka chwil w Piekle rozpęta się rebelia, walka o tron, którą on musi pomóc wygrać Lucyferowi, a gorejący miecz będzie idealną bronią do tego zadania. Nie lubił Szatana, ale wiedział, że na tę chwilę jest on najlepszym kandydatem na to stanowisko, że nikt nie pokieruje niesfornymi diabłami lepiej niż on. Na początku bał się tej chwili, bał się, że może przegrać, że już nigdy nie zobaczy tych, których kocha, ale teraz, gdy ostateczne starcie zbliżało się wielkimi krokami czuł rosnąca euforię. Już wyobrażał sobie jak zatapia ostrze swojej broni w sercu Rafaela, albo Nikodema. Pragnienie zniszczenia tych dwóch diabłów było znacznie silniejsze, niż wcześniejszy strach, ogarnęło go całkowicie. Na jego twarzy pojawił się wesoły uśmiech.
- No, kiedy w końcu ich wykończymy? Może to my powinniśmy zaatakować.- zasugerował, nie mogąc doczekać się starcia. Teraz bał się, że żadnej walki nie będzie.
- Kevinie, spokojnie. Zdążymy jeszcze to zrobić. Zostało im tylko kilkanaście godzin. Przysięgam ci, że jeśli to Kleopatra ich dopadnie tobie i tak przypadnie zaszczyt zabicia zdrajców.- odpowiedział spokojnie, rzucając krótkie spojrzenie diablicy stojącej po jego lewej stronie. Brunetka potwierdziła skinieniem głowy, a osmozjanin zaśmiał się wesoło, wpatrując się jednocześnie czujnym wzrokiem w drzwi gabinetu. Czuł, że wszystko skończy się szybciej, niż się zaczęło i coraz trudniej było mu ustać w miejscu.
Niemal w tym samym momencie drzwi windy zaskrzypiały lekko, a do gabinetu weszli oczekiwani „goście.”
- Najwyższa pora zmienić trochę władzę, stara już nas nudzi.- powiedział Rafael już od progu, posyłając jednoczeń nie mordercze spojrzenie w stronę Lucyfera.
Kevin zaśmiał się głośno, wyciągając z pochwy swój miecz.
- Jeśli myślicie, że cokolwiek wam się uda, to jesteście w błędzie. Chętnie osobiście wypruje wam flaki. Gdy już z wami skończę, nie dacie rady się pozbierać. Macie ostatnią szansę, aby się wycofać. Radzimy wam skorzystać, dopóki jeszcze macie jak uciekać, bo później może już nie być drugiej takiej szansy.- powiedział wesoło, a jego uśmiech się poszerzył.
- Przyszliśmy tutaj, aby zdetronizować Szatana. Poparło nas sto diabłów, którym nie podobają się jego rządy. Radzimy mu zrezygnować ze stanowiska, gdyż w przeciwnym razie będziemy zmuszeni do rozwiązań siłowych, a nie chcielibyśmy zrobić mu krzywdy.- warknął Rafael, starając się przybrać jak najostrzejszy ton głosu.
- Za Lucyferem stoi cała reszta poddanych, w tym również my. Bezwzględna i seksowna królowa Egiptu, oraz Aro i ja. Nie macie szans. Dostajecie ostatnią szansę, aby się wycofać! Radze skorzystać.- wycedził, licząc w duchu, że mimo tej propozycji dojdzie do walki. Wiedział, że się raczej nie pomyli i miał rację. Rozzłoszczony brakiem oczekiwanej reakcji szatyn chwycił za bron i zaatakował Szatana.
Zadowolony z siebie osmozjanin w porę odparł jego atak. W tym właśnie momencie w gabinecie Lucyfera zaczęła się walka między nim, Kleopatra, szatanem i dwójką jego byłych przyjaciół.
Diabły stanęły kilka kroków przed nimi, po czym oba przeszyły go wzrokiem. Pierwszy odezwał się blondyn.
- Kevinie, oboje wiemy, że ze mną jako szatanem i Rafaelem jako moim zastępcom będziesz miał lepsze życie.- zaczął niskim głosem, coraz bardziej świdrując go wzrokiem.
- Tak? A niby skąd ta pewność?- spytał od niechcenia, opierając się lewym ramieniem o rosnącą obok palmę.
- Wszyscy tutaj wiedzą, że tęsknisz za swoim ziemski życiem, że chciałbyś znów móc porozmawiać ze swoimi przyjaciółmi, ze swoją matką. Nie boisz się Lucyfera, nie będziesz miał problemu z jego pokonaniem, tym bardziej, że ci ufa. Kevinie, zrób to dla nas, a gwarantujemy ci możliwość spotkania z bliskimi, będziesz mógł pokazać Niższą Arkadię wszystkim, którzy wciąż żyją w twoim sercu. Zrób to dla nas, dla siebie, dla nich.
- Więc oferujesz mi możliwość sprowadzenia pozostałych na takiej samej zasadzie jak Gwen, jeśli zdradzę Szatana i pomogę zająć Ci jego miejsce?
- Dokładnie. Stańcie z Aro po naszej stronie, a możesz mieć ich wszystkich.- szepnął kusząco, licząc, że to pomoże im przeciągnąć diabła na swoja stronę.
- Hm, interesujące.- stwierdził zamyślony, po czym wyprostował się i stanął naprzeciw Nikodema.- Ale skoro to ja mam go pokonać, to chyba najlepiej będzie jak wezmę to stanowisko dla siebie, prawda?- spytał z uśmiechem, po czym odwrócił się na pięcie i powoli ruszył w przeciwnym kierunku.- Przemyślcie to, a dopiero później się do mnie zgłoście. Oboje wiecie, że beze mnie i Lucy nie zdejmiecie szatana z tronu.
- Nie wierzę, że Aro chce walczyć po stronie swojego pana, przecież go porzucił!- wrzasnął Rafael w ostatnim akcie desperackiej próby zatrzymania ich przy sobie.
- Mam na imię Lucyfer, a moim panem jest Kev, tak, chce walczyć po stronie władcy, jeżeli robi to Kevin,- Warknął ostro, a następnie otoczyły go płomienie i zniknął, zostawiając ślady popiołu na piasku. Wiedział, że teraz jego zadaniem jest poinformowanie szatana o kolejnym kroku ich wspólnych wrogów.
*~*
Siedziała przy stole, bawiąc się widelcem. Nie potrafiła skupić się na opowieściach swojego kuzyna, ani na pytaniach, które jej zadawał. Była wściekła na siebie, że dała namówić się Kevinowi na spotkanie z kuzynem, przecież tak bardzo tego nie chciała. Dlaczego więc tutaj była? Na to pytanie nie potrafiła sobie odpowiedzieć, ale bardzo tego teraz żałowała. Widziała jak mężczyzna zerka nieśmiało w jej kierunku, marszcząc brwi i zastanawiając się nad czymś intensywnie.
- Wszystko w porządku?- spytał w końcu nieśmiało, spoglądając jej w oczy.
- Tak, jestem po prostu zmęczona. Z reszta widziałeś kiedyś, żebym była chętna do czegokolwiek? Albo żebym się uśmiechała?- warknęła troszkę ostrzej, niż planowała.
- Szczerze? Do niedawna nie, ale odkąd jest Aleksander jesteś taka… szczęśliwa, tętnisz energią. Myślałem, że tamten okres masz już za sobą, że w końcu zaczynasz żyć.- odpowiedział ostrożnie.
- Jest ok!- syknęła, nie chcąc go słuchać.
- Nie, nie jest, Aleks miał racje, coś się z tobą dzieje, tylko nie wiemy co. Gwen, ja wiem, że ostatnimi laty bywało miedzy nami raczej źle, ale wiesz przecież, że jeśli coś się dzieje mnie możesz powiedzieć wszystko. No, dalej, będzie ci lżej.- zachęcił, licząc iż uzyska odpowiedź, niestety się pomylił. Kuzynka odpowiedziała mu jeszcze bardziej nieprzyjemnym tonem, niż poprzednio.
- Przecież nawet go nie lubisz, a teraz go słuchasz? Jest przewrażliwiony na moim punkcie i tyle, a ty go słuchasz, a później wmawiasz sobie, że coś jest nie tak!
- To nie o to chodzi, po prostu się martwię, on też się martwi.
- To niech przestanie! To nie jest Wasz problem.- wrzasnęła, poderwała się z krzesła i pospiesznie opuściła dom kuzyna.
*~*
Stanął za fotelem Lucyfera po jego prawicy, a ona zajęła miejsce po drugiej stronie władcy. Aro położył się u boku osmozjanina, potwierdzając całej trójce w myślach swoją gotowość do walki.
Kilka godzin temu do Szatana dotarła informacja od Rafaela, że w ciągu doby ma stracić swoje stanowisko i władzę w tych zaświatach.
Wziął głęboki wdech, przesuwając dłoń na pochwę przymocowaną do pasa. Wiedział, że już za kilka chwil w Piekle rozpęta się rebelia, walka o tron, którą on musi pomóc wygrać Lucyferowi, a gorejący miecz będzie idealną bronią do tego zadania. Nie lubił Szatana, ale wiedział, że na tę chwilę jest on najlepszym kandydatem na to stanowisko, że nikt nie pokieruje niesfornymi diabłami lepiej niż on. Na początku bał się tej chwili, bał się, że może przegrać, że już nigdy nie zobaczy tych, których kocha, ale teraz, gdy ostateczne starcie zbliżało się wielkimi krokami czuł rosnąca euforię. Już wyobrażał sobie jak zatapia ostrze swojej broni w sercu Rafaela, albo Nikodema. Pragnienie zniszczenia tych dwóch diabłów było znacznie silniejsze, niż wcześniejszy strach, ogarnęło go całkowicie. Na jego twarzy pojawił się wesoły uśmiech.
- No, kiedy w końcu ich wykończymy? Może to my powinniśmy zaatakować.- zasugerował, nie mogąc doczekać się starcia. Teraz bał się, że żadnej walki nie będzie.
- Kevinie, spokojnie. Zdążymy jeszcze to zrobić. Zostało im tylko kilkanaście godzin. Przysięgam ci, że jeśli to Kleopatra ich dopadnie tobie i tak przypadnie zaszczyt zabicia zdrajców.- odpowiedział spokojnie, rzucając krótkie spojrzenie diablicy stojącej po jego lewej stronie. Brunetka potwierdziła skinieniem głowy, a osmozjanin zaśmiał się wesoło, wpatrując się jednocześnie czujnym wzrokiem w drzwi gabinetu. Czuł, że wszystko skończy się szybciej, niż się zaczęło i coraz trudniej było mu ustać w miejscu.
Niemal w tym samym momencie drzwi windy zaskrzypiały lekko, a do gabinetu weszli oczekiwani „goście.”
- Najwyższa pora zmienić trochę władzę, stara już nas nudzi.- powiedział Rafael już od progu, posyłając jednoczeń nie mordercze spojrzenie w stronę Lucyfera.
Kevin zaśmiał się głośno, wyciągając z pochwy swój miecz.
- Jeśli myślicie, że cokolwiek wam się uda, to jesteście w błędzie. Chętnie osobiście wypruje wam flaki. Gdy już z wami skończę, nie dacie rady się pozbierać. Macie ostatnią szansę, aby się wycofać. Radzimy wam skorzystać, dopóki jeszcze macie jak uciekać, bo później może już nie być drugiej takiej szansy.- powiedział wesoło, a jego uśmiech się poszerzył.
- Przyszliśmy tutaj, aby zdetronizować Szatana. Poparło nas sto diabłów, którym nie podobają się jego rządy. Radzimy mu zrezygnować ze stanowiska, gdyż w przeciwnym razie będziemy zmuszeni do rozwiązań siłowych, a nie chcielibyśmy zrobić mu krzywdy.- warknął Rafael, starając się przybrać jak najostrzejszy ton głosu.
- Za Lucyferem stoi cała reszta poddanych, w tym również my. Bezwzględna i seksowna królowa Egiptu, oraz Aro i ja. Nie macie szans. Dostajecie ostatnią szansę, aby się wycofać! Radze skorzystać.- wycedził, licząc w duchu, że mimo tej propozycji dojdzie do walki. Wiedział, że się raczej nie pomyli i miał rację. Rozzłoszczony brakiem oczekiwanej reakcji szatyn chwycił za bron i zaatakował Szatana.
Zadowolony z siebie osmozjanin w porę odparł jego atak. W tym właśnie momencie w gabinecie Lucyfera zaczęła się walka między nim, Kleopatra, szatanem i dwójką jego byłych przyjaciół.
piątek, 17 lipca 2015
Odnaleźć siebie II część 25
W końcu jestem. Trzy tygodnie to trochę czasu, ale wróciłam. Jestem, ale te wakacje mam dosyć pracowite, ledwo znajduję chwilę na pisanie, więc rozdziały mogą pojawiać się trochę rzadziej, choć postaram się wyrobić na czas. na razie mamy kolejny rozdział po prawie miesięcznej przerwie...
Nagle poczuła bezlitosny chłód, który przeszył jej ciało od stóp do głów, na końcu wdzierając się okrutnie do jej serca. Zadrżała i wzdrygnęła się smagana zimnem. W tej samej chwili napotkała przeszywające spojrzenie ukochanego i zrozumiała, że to jego sprawka, że to on „atakuje” ją w tak bezlitosny sposób.
- Co jest?- warknęła zirytowana i rozzłoszczona tym, co zrobił.
- To ja się pytam co jest? Blokujesz moje moce, dlaczego nie chcesz, abym słyszał twoje myśli?
- Nie wiem o co Ci chodzi.- skłamała szybko, odwracając wzrok.
- Nie prawda, rzucasz zaklęcia blokujące twoje myśli., Na ziemi są one równie silne jak moje moce piekielne, dlatego nic nie szysze, w Niższej Arkadii jednak to ja mam przewagę, ale jeśli już uda mi się wedrzeć do twojej głowy myślisz o Kevinie, o tym w co się z nim bawiłaś, o tęczy, kwiatkach, czy pogodzie. Rzygać mi się od tego chce, ciągle powtarzasz to samo, nie chcąc dopuścić mnie do tego, co cię trapi, a że trapi widać gołym okiem. Kochanie, proszę, powiedz mi co się stało. Martwię się o ciebie, rozumiesz? Pamiętaj skarbie, że mogę ci pomóc, nie ma takiej sytuacji, z której nie umiałbym cię wyciągnąć. Musisz tylko dać mi szansę, proszę.- szepnął tuląc ją mocno do siebie.
- Wydaje ci się, jestem zmęczona.- burknęła.- Chce wracać do domu, zrób mi przejście.
- Oczywiście, bo tutaj mógłbym coś wyłapać, kiedy śpisz, prawda?- warknął i bez dalszej dyskusji stworzył swoje wrota, prowadzące wprost do jej sypialni.
Rudowłosa przekroczyła próg, znikając u siebie, a on tym czasem udał się na rozmowę do Szatana, który ponoć dowiedział się, że bunt przeciw niemu zacznie się już lada moment i zwołał natychmiastową naradę, chociaż w piekle jeszcze nigdy nie było tak spokojnie. Według Lucyfera była to jednak cisza przed burzą.
*~*
Siedział znudzony na fotelu naprzeciw Szatana, ziewając głośno. Władca piekieł już od ponad godziny przedstawiał swoim najbardziej zaufanym diabłom najróżniejsze teorie spiskowe Nikodema i Rafaela, które oczywiście sam wymyślił, gdyż nikt jeszcze o niczym tak naprawdę nie wiedział. Lucyfer był jednak na tyle przewrażliwiony, że uroił sobie tysiące możliwych scenariuszy.
- Oczywiście mam nadzieję, że ukochana naszego Kevina wesprze nas w razie ewentualnej bitwy.- tym zdaniem zakończył swój wywód, a chwilę później pomieszczenie przeszył śmiech osmozjanina.
- Jeszcze coś? Jej moce bardzo by się przydały, ale jeśli chociażby spróbujesz ją o to prosić bez wahania wesprę Nikodema i Rafaela, a razem ze mną zrobi to Aro. Wiesz, że jestem pewien swoich mocy, nie boje się ciebie, nawet jak jesteś pieprzonym szatanem.- warknął rozzłoszczony, po czym poderwał się gwałtownie i opuścił jego gabinet, rzucając wcześniej tylko pogardliwe „nara”.
*~*
Siedział na kanapie zaciągając się skręconym kilka minut wcześniej jonitem, gapiąc się jednocześnie pustym wzrokiem w zgaszony telewizor. Jego żony i dziecka nie było w domu, a on potrzebował chwili odprężenia. Coraz częstsze kłótnie z ukochaną żoną oraz natłok obowiązków, a także odpowiedzialność, jaka kryła się za jego pracą sprawiły, że zaczynał tak spędzać każdą chwilę. Marihuana dawała mu właśnie to, czego najbardziej potrzebował. Pomagała się wyciszyć, uspokoić, nabrać dystansu i chęci do dalszego funkcjonowania. Zaciągnął się po raz kolejny, nie zwracając nawet uwagi na trzaśnięcie drzwi. Chciał już wziąć kolejnego bucha, lecz w tym samym momencie ktoś wyrwał mu skręta z ręki, a jego zepchnął z kanapy.
- Zawsze wiedziałem, że jesteś debilem, ale że aż takim… no tego to bym się po tobie nie spodziewał panie herosie.- usłyszał nad głowa groźne warknięcie. Spojrzał do góry, napotykając po drodze gniewne spojrzenie Aleksandra.- Nie masz na co marnować kasy, to zaproś Julię do restauracji, albo zabierz dzieciaka do zoo, ale nie wydawaj na to gówno. Oni nie potrzebują ćpuna!
- Po pierwsze to nie jest narkotyk, po drugie jestem u siebie, a po trzecie nie znamy się i nie masz prawa wtrącać się do mojego życia, jasne?!- wrzasnął rozzłoszczony reakcją swojego gościa.
- Po pierwsze to taki sam narkotyk, jak każdy inny, po drugie ty mnie nie znasz, ale ja ciebie od bardzo dawna, a po trzecie mam tutaj większe prawa, niż ty. Jeśli myślisz, że przestraszę się, gdy zmienisz się w jednego z tych odmieńców, to się mylisz. Jestem silniejszy od każdego z nich.- powiedział wypranym z emocji tonem. W następnej chwili skinął lekko głową i w tej samej chwili skręt szatyna uniósł się w powietrze, po czym zamienił w proch, który upadł na jego nową koszulkę.- Od dzisiaj nie spalisz już ani grama, jasne?- spytał ostro, przeszywając go tym samym chłodem, którym wcześniej ocucić Gwendolyn.
- Jak ty to…? Z reszta nie ważne, wynoś się stad, bo spuszczę ci taki łomot, że do końca życia mnie popamiętasz. Chciałbyś może poznać Gigantozaura? A może wolisz Plazmę? Albo Cztero…
- Chyba nie myślałeś, że złoty kolor oczu odziedziczyłem po ludzkich przodkach, prawda?- przerwał mu, nie mając ochoty na ten wywód.- Poza tym jako były sprzymierzeniec twoich wrogów znam już wszystkich i wierz mi na słowo, że od każdego jestem znacznie potężniejszy. Rzuć to świństwo i posłuchaj, co mam ci do powiedzenia, bo nie mam czasu na te rozmowę. Gwen ma chyba kłopoty.- warknął tak ostrym tonem, że zielonooki poczuł jak ogarnia go furia. Stłumił ją jednak w sobie, słysząc, że sprawa dotyczy jego kuzynki.
- Słucham.- wycedził przez zaciśnięte zęby.- Co się dzieje?
- No właśnie nie wiem, ale coś jest nie tak. Jest wiecznie zamyślona i wystraszona, ale nic nie chce powiedzieć. Za każdym razem kiedy o to pytam zmienia temat, albo zaczyna się denerwować i na mnie naskakiwać. Widzę jednak wyraźnie, że coś ją dręczy, mnie nie chce powiedzieć, zamiast tego plecie jakieś bzdury, ale ty… Jesteś jej kuzynem, tylko tobie zwierzyła się z tego, co do mnie czuje, powiedziała ci nawet szybciej, niż mnie, jestem pewny, że jeśli już komuś musi się zwierzyć, to tylko tobie. Pociągnij ją trochę za język, tylko tak, żeby nie zorientowała się, że wiesz cokolwiek ode mnie. Zaproś ją na kolację, czy coś, poobserwuj, sam zauważysz, że coś się dzieje, dobrze?
- Jasne, nie ma sprawy.- stwierdził, po czym dodał po chwili zastanowienia.- Powiedz jej, że spotkaliśmy się na mieście, że ma zaproszenie na jutro na 18. Jeśli zauważę coś niepokojącego, to spróbuje cokolwiek z niej wyciągnąć, może być?
- Jak najbardziej, dziękuję.- odpowiedział i odwrócił się do niego plecami, chcąc wyjść z mieszkania. Usłyszał, że szatyn zamierza nakazać mu oddanie pieniędzy za skręta, którego mu zniszczył, więc nie czekając aż przyjaciel coś powie dodał na odchodne.- I tak tę kasę chciałeś wyrzucić w błoto, po co ci ona?
___________
Siedziała w tej samej pozycji już od ponad godziny, milcząc przez cały czas i nie zwracając uwagi na ciągłe prośby diabła o to, aby w końcu coś do niego powiedziała. Po prostu nie miała na to ochoty. Niby znała jedne z zaświatów, czuła się tutaj niemal jak w domu, ale mimo wszystko nie potrafiła wyobrazić sobie tego, że już niedługo naprawdę miałaby mieć tutaj swój dom. Przecież musiała zatroszczyć się o rodziców, Bena, Julię i swojego bratanka. Niby wszyscy byli już dorośli, ale czuła, że bardzo jest im potrzebna, że nie może ich zostawić. Nagle poczuła bezlitosny chłód, który przeszył jej ciało od stóp do głów, na końcu wdzierając się okrutnie do jej serca. Zadrżała i wzdrygnęła się smagana zimnem. W tej samej chwili napotkała przeszywające spojrzenie ukochanego i zrozumiała, że to jego sprawka, że to on „atakuje” ją w tak bezlitosny sposób.
- Co jest?- warknęła zirytowana i rozzłoszczona tym, co zrobił.
- To ja się pytam co jest? Blokujesz moje moce, dlaczego nie chcesz, abym słyszał twoje myśli?
- Nie wiem o co Ci chodzi.- skłamała szybko, odwracając wzrok.
- Nie prawda, rzucasz zaklęcia blokujące twoje myśli., Na ziemi są one równie silne jak moje moce piekielne, dlatego nic nie szysze, w Niższej Arkadii jednak to ja mam przewagę, ale jeśli już uda mi się wedrzeć do twojej głowy myślisz o Kevinie, o tym w co się z nim bawiłaś, o tęczy, kwiatkach, czy pogodzie. Rzygać mi się od tego chce, ciągle powtarzasz to samo, nie chcąc dopuścić mnie do tego, co cię trapi, a że trapi widać gołym okiem. Kochanie, proszę, powiedz mi co się stało. Martwię się o ciebie, rozumiesz? Pamiętaj skarbie, że mogę ci pomóc, nie ma takiej sytuacji, z której nie umiałbym cię wyciągnąć. Musisz tylko dać mi szansę, proszę.- szepnął tuląc ją mocno do siebie.
- Wydaje ci się, jestem zmęczona.- burknęła.- Chce wracać do domu, zrób mi przejście.
- Oczywiście, bo tutaj mógłbym coś wyłapać, kiedy śpisz, prawda?- warknął i bez dalszej dyskusji stworzył swoje wrota, prowadzące wprost do jej sypialni.
Rudowłosa przekroczyła próg, znikając u siebie, a on tym czasem udał się na rozmowę do Szatana, który ponoć dowiedział się, że bunt przeciw niemu zacznie się już lada moment i zwołał natychmiastową naradę, chociaż w piekle jeszcze nigdy nie było tak spokojnie. Według Lucyfera była to jednak cisza przed burzą.
*~*
Siedział znudzony na fotelu naprzeciw Szatana, ziewając głośno. Władca piekieł już od ponad godziny przedstawiał swoim najbardziej zaufanym diabłom najróżniejsze teorie spiskowe Nikodema i Rafaela, które oczywiście sam wymyślił, gdyż nikt jeszcze o niczym tak naprawdę nie wiedział. Lucyfer był jednak na tyle przewrażliwiony, że uroił sobie tysiące możliwych scenariuszy.
- Oczywiście mam nadzieję, że ukochana naszego Kevina wesprze nas w razie ewentualnej bitwy.- tym zdaniem zakończył swój wywód, a chwilę później pomieszczenie przeszył śmiech osmozjanina.
- Jeszcze coś? Jej moce bardzo by się przydały, ale jeśli chociażby spróbujesz ją o to prosić bez wahania wesprę Nikodema i Rafaela, a razem ze mną zrobi to Aro. Wiesz, że jestem pewien swoich mocy, nie boje się ciebie, nawet jak jesteś pieprzonym szatanem.- warknął rozzłoszczony, po czym poderwał się gwałtownie i opuścił jego gabinet, rzucając wcześniej tylko pogardliwe „nara”.
*~*
Siedział na kanapie zaciągając się skręconym kilka minut wcześniej jonitem, gapiąc się jednocześnie pustym wzrokiem w zgaszony telewizor. Jego żony i dziecka nie było w domu, a on potrzebował chwili odprężenia. Coraz częstsze kłótnie z ukochaną żoną oraz natłok obowiązków, a także odpowiedzialność, jaka kryła się za jego pracą sprawiły, że zaczynał tak spędzać każdą chwilę. Marihuana dawała mu właśnie to, czego najbardziej potrzebował. Pomagała się wyciszyć, uspokoić, nabrać dystansu i chęci do dalszego funkcjonowania. Zaciągnął się po raz kolejny, nie zwracając nawet uwagi na trzaśnięcie drzwi. Chciał już wziąć kolejnego bucha, lecz w tym samym momencie ktoś wyrwał mu skręta z ręki, a jego zepchnął z kanapy.
- Zawsze wiedziałem, że jesteś debilem, ale że aż takim… no tego to bym się po tobie nie spodziewał panie herosie.- usłyszał nad głowa groźne warknięcie. Spojrzał do góry, napotykając po drodze gniewne spojrzenie Aleksandra.- Nie masz na co marnować kasy, to zaproś Julię do restauracji, albo zabierz dzieciaka do zoo, ale nie wydawaj na to gówno. Oni nie potrzebują ćpuna!
- Po pierwsze to nie jest narkotyk, po drugie jestem u siebie, a po trzecie nie znamy się i nie masz prawa wtrącać się do mojego życia, jasne?!- wrzasnął rozzłoszczony reakcją swojego gościa.
- Po pierwsze to taki sam narkotyk, jak każdy inny, po drugie ty mnie nie znasz, ale ja ciebie od bardzo dawna, a po trzecie mam tutaj większe prawa, niż ty. Jeśli myślisz, że przestraszę się, gdy zmienisz się w jednego z tych odmieńców, to się mylisz. Jestem silniejszy od każdego z nich.- powiedział wypranym z emocji tonem. W następnej chwili skinął lekko głową i w tej samej chwili skręt szatyna uniósł się w powietrze, po czym zamienił w proch, który upadł na jego nową koszulkę.- Od dzisiaj nie spalisz już ani grama, jasne?- spytał ostro, przeszywając go tym samym chłodem, którym wcześniej ocucić Gwendolyn.
- Jak ty to…? Z reszta nie ważne, wynoś się stad, bo spuszczę ci taki łomot, że do końca życia mnie popamiętasz. Chciałbyś może poznać Gigantozaura? A może wolisz Plazmę? Albo Cztero…
- Chyba nie myślałeś, że złoty kolor oczu odziedziczyłem po ludzkich przodkach, prawda?- przerwał mu, nie mając ochoty na ten wywód.- Poza tym jako były sprzymierzeniec twoich wrogów znam już wszystkich i wierz mi na słowo, że od każdego jestem znacznie potężniejszy. Rzuć to świństwo i posłuchaj, co mam ci do powiedzenia, bo nie mam czasu na te rozmowę. Gwen ma chyba kłopoty.- warknął tak ostrym tonem, że zielonooki poczuł jak ogarnia go furia. Stłumił ją jednak w sobie, słysząc, że sprawa dotyczy jego kuzynki.
- Słucham.- wycedził przez zaciśnięte zęby.- Co się dzieje?
- No właśnie nie wiem, ale coś jest nie tak. Jest wiecznie zamyślona i wystraszona, ale nic nie chce powiedzieć. Za każdym razem kiedy o to pytam zmienia temat, albo zaczyna się denerwować i na mnie naskakiwać. Widzę jednak wyraźnie, że coś ją dręczy, mnie nie chce powiedzieć, zamiast tego plecie jakieś bzdury, ale ty… Jesteś jej kuzynem, tylko tobie zwierzyła się z tego, co do mnie czuje, powiedziała ci nawet szybciej, niż mnie, jestem pewny, że jeśli już komuś musi się zwierzyć, to tylko tobie. Pociągnij ją trochę za język, tylko tak, żeby nie zorientowała się, że wiesz cokolwiek ode mnie. Zaproś ją na kolację, czy coś, poobserwuj, sam zauważysz, że coś się dzieje, dobrze?
- Jasne, nie ma sprawy.- stwierdził, po czym dodał po chwili zastanowienia.- Powiedz jej, że spotkaliśmy się na mieście, że ma zaproszenie na jutro na 18. Jeśli zauważę coś niepokojącego, to spróbuje cokolwiek z niej wyciągnąć, może być?
- Jak najbardziej, dziękuję.- odpowiedział i odwrócił się do niego plecami, chcąc wyjść z mieszkania. Usłyszał, że szatyn zamierza nakazać mu oddanie pieniędzy za skręta, którego mu zniszczył, więc nie czekając aż przyjaciel coś powie dodał na odchodne.- I tak tę kasę chciałeś wyrzucić w błoto, po co ci ona?
środa, 24 czerwca 2015
Zawieszenie
Dla mnie zaczęły się już wakacje. Wyjechałam kilka dni temu, więc nie mam dostępu do opowiadań dlatego też nie mam jak ich zamieszczać. Nowy rozdział dopiero pod koniec lipca albo na początku sierpnia.Mam nadzieję że o mnie nie zapomnicie. Do zobaczenia i życzę Wam abyście mieli równie udane wakacje, co ja ;)).
Subskrybuj:
Posty (Atom)